Szpalery kwitnących róż asystowały kochankom uroczyste i milczące jak strojne niewolnice ze wschodniej bajki.
Na tej ławeczce pod lipą czytał młody porucznik Sulamicie ze starej Biblii księdza Wujka64 Szir Haszyrim, Pieśń nad Pieśniami65, którą królewski kochanek śpiewał przed tysiącami lat tamtej swojej Sulamicie.
A Sulamicie wydawało się, że to on, jej ukochany, stworzył dla niej tę Pieśń Miłości. A może wtedy, jak później w ostatecznym obłędzie, zatraciła się już dla niej granica między prawdą i urojeniem, rzeczywistością i złudą i wydawało jej się, że ona jest tamtą Sulamitą sprzed tysięcy lat, a on poetą i królem.
Pewnego dnia porucznik oświadczył Sulamicie:
— Pułk nasz niedługo zostanie przeniesiony do Lublina. Kiedy dowiedziałem się o tym, po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że nie mogę tam być, gdzie ciebie nie będzie. Ty musisz być razem ze mną do końca życia. Musimy się więc pobrać, innej rady na to nie ma.
Porucznik powiedział to spokojnie, jak się mówi rzeczy proste i zupełnie naturalne, a Sulamita zadrżała, budząc się z cudownego snu, który śniła od dnia, kiedy się poznali.
— Przecież to zupełnie niemożliwe! — wyrzekła z głębi zrozpaczonego serca.
— Dlaczego? — zapytał ze zdziwieniem, niemal z gniewem.
Kochał ją, nie mógł żyć bez niej, więc brał ją sobie za żonę, ale mimo tego miał pewne na wpół świadome uczucie, że ją podnosi do siebie, że robi jej niejako zaszczyt, a tu tymczasem ona... odtrąca go od siebie.
— Mój ojciec... — wyłkała — mój ojciec nigdy... nigdy...