Porucznik miał kilku kolegów ze szkoły pochodzących z najbardziej zasymilowanych rodzin żydowskich, z którymi dotąd obcował. Nie rozumiał jednak, że między nim i tymi kolegami istnieją tylko pewne rasowe, łatwo zacierające się przy bliższym współżyciu, różnice, zaś od ojca Sulamity dzieli go przepaść.

— Dzieckiem jesteś, moja Alito — tak ją nazywał w skróceniu — przecież ja znam Żydów i wiem, jak przemówić do twego ojca. Powiem przede wszystkim, że nie idzie mi o twój posag, przeciwnie, grosza od niego nie wezmę, bo jestem człowiekiem niebiednym i potrafię sam utrzymać swą żonę.

W duszy zaś mówił sobie: „Jeżeli będę miał pewne trudności, to nie z tym starym Żydem, lecz z moim ojcem, a zwłaszcza matką. No, ale to się jakoś załatwi”.

— Słuchaj, ty nie znasz mego ojca... — błagała Sulamita. — On nigdy...

— Twego ojca oczywiście nie znam — przerwał jej porucznik — ale gdy przyjdę do niego, poznamy się nawzajem i jakoś się dogadamy.

— Nie przychodź do nas! Ja chyba umrę ze strachu i wstydu!

— Wstydzisz się naszej miłości?

— O nie, nie, przysięgam... ale, widzisz, ty nie rozumiesz!

— Owszem, rozumiem dobrze, że twój ojciec wolałby, abyś wyszła za Żyda, tak samo jak moja rodzina wolałaby, żebym się ożenił choćby ze służącą lub prostą chłopką, byle nie z Żydówką. Ale trudno. Jedni i drudzy muszą się z tym pogodzić i ustąpić.

Sulamita zamilkła, zrozumiała bowiem, że porucznik nie pojmie nigdy tragizmu położenia. Zresztą taiła się w jej sercu jakaś nierozumna, szaleńcza wprost nadzieja, że dla takiego człowieka jak jej ukochany nie ma rzeczy niemożliwych, że nikt na świecie, nawet jej ojciec, oprzeć mu się nie zdoła.