Nazajutrz po południu, w dzień sobotni, gdy pan Kuliszer ze swatem Gawronem, popijając herbatę, gawędzili o interesach, o polityce i zwłaszcza o partiach dla Sulamity, we drzwiach jadalni zjawiła się służąca.
— Proszę pana, jakiś oficer chce z panem pomówić.
— Nie lubię w sobotę mówić o interesach — mruknął pan Kuliszer, lecz że był człowiekiem uprzejmym, odpowiedział: — Niech Rojza poprosi tutaj.
Kiedy porucznik przywitał się i wymienił nazwisko, pan Kuliszer powiedział grzecznie:
— Proszę, niech pan spocznie. Czym mogę szanownemu panu służyć?
Porucznik jednak nie usiadł, jeszcze raz ukłonił się po wojskowemu i, jak rzecz najprostszą w świecie, zakomunikował:
— Przychodzę do pana, panie Kuliszer, by poprosić o rękę pańskiej córki, panny Sulamity.
Pan Kuliszer gwałtownie poczerwieniał, dotknął swego kołnierzyka, jakby mu tchu nagle zabrakło, lecz pohamował się i odpowiedział prawie spokojnie:
— Panie oficerze, ja jestem starszy człowiek i uczciwy kupiec leśny. Żaden żyd ani katolik nie ośmielił się dotąd drwić ze mnie i w dodatku w moim własnym domu!
— Nigdy bym nie ośmielił się drwić w taki sposób ze starszego człowieka i w dodatku z ojca kobiety, którą kocham. Ja mówię zupełnie poważnie: kocham pannę Sulamitę i ona mnie kocha. Jestem młody, zdrowy, mam przed sobą przyszłość i nawet obecnie żona nie zazna ze mną biedy... Jeszcze raz tedy powtarzam moją prośbę.