Łamaną polszczyzną zapytałem o przeszłość.

Odpowiedział: „Owszem, zdjąłem gacie

i rozwarłem pośladki, ale nikt mi nic

nie wkładał. I nie dostałem broni”.

Przerwano nam. Za oknem przeszła Matka Rzeczywistość

w białym fartuchu narzuconym na mundur.

Ciągnęła za sobą krótkowłosego mężczyznę,

zaciskającego zęby na jej łydce.

Był to Wojciech Młynarski, idol mojego taty.

W 2066 roku, kiedy jak zwykle powiesz: