— Niechaj pan nauczyciel będzie zdrów!

— Niech pan nie zapomni o nas!

Kiedy wychodził, zdawał się być bardzo wzruszony.

I my zaczęliśmy wychodzić, pchając się we drzwi jeden przez drugiego. Inne klasy wychodziły także. Zrobiło się zamieszanie, gwar, hałas, bo i rodzice, i dzieci żegnali się z nauczycielami, i z nauczycielkami, i sami też z sobą.

Mała nauczycielka z czerwonym piórem miała coś czworo czy pięcioro wstępniaków swoich na karku, a ciągnęło ją za suknię ze dwudziestu może, tak że tchnąć nie mogła.

„Zakonnicy” zaś prawie że na pół porozrywały kapelusz i nakładły jej do tej czarnej sukni, za stanik, po kieszeniach, w rękawy, gdzie tylko mogły, bukieciki kwiatów. Wielu też winszowało Robettiemu, który właśnie w tym dniu pierwszy raz przyszedł bez szczudeł. Ze wszystkich stron okrzyki, wołania:

— Do przyszłego szkolnego roku!

— Do dwudziestego października!

— Do widzenia na Wszystkich Świętych!

My takżeśmy się żegnali. Ach, jak się to zapomina w takiej chwili o wszystkich niesnaskach! Vatini, który tak zawsze Derossiemu zazdrościł, pierwszy teraz wyciągnął ręce i rzucił mu się na szyję.