Garrone był ostatnim, któregom uściskał już na ulicy, przytuliwszy mu głowę do piersi, żeby stłumić łkanie. On pocałował mnie w czoło.
Więc zaraz potem pobiegłem do ojca i do mamy, którzy czekali na mnie. Ojciec zapytał:
— Pożegnałeś się ze wszystkimi kolegami?
— Pożegnałem.
— Bo jeśli zrobiłeś któremu jakąś przykrość, jeśliś co któremu zawinił, idź, przeproś, niech ci nie pamięta tego. Jakże? Jest kto taki?
— Nie, nie ma!
— No, to mi żegnaj! — rzekł ojciec głosem wzruszonym, obejmując ostatnim spojrzeniem mury naszej szkoły.
A mama też ku szkole spojrzała i powtórzyła:
— Żegnaj!
Ja tylko nie mogłem przemówić słowa.