— Będziemy pływać, wiosłować i łowić ryby — podchwyciła Pollyanna. — I... — umilkła nagle, spojrzawszy na Jamiego. — To znaczy, oczywiście — poprawiła się śpiesznie — nie będziemy stale tego wszystkiego robili. Będziemy również czytać i rozmawiać.
Oczy Jamiego pociemniały, twarz mu pobladła, a usta zadrżały, lecz nim zdążył wymówić słowo, uprzedziła go już Sadie Dean.
— Ach, na takich obozowych wycieczkach doświadcza się wielu rozmaitych przyjemności — wtrąciła wesoło. — Jestem pewna, że i my będziemy mieli ich mnóstwo. Zeszłego lata byliśmy w Maine i trzeba państwu było widzieć, ile pięknych ryb złowił pan Carew. Niech pan sam powie — zwróciła się prosząco do Jamiego.
Jamie zaśmiał się i potrząsnął głową.
— Oni i tak nie uwierzą — zaprotestował. — To zresztą długa historia!
— Opowiedz — zawołała Pollyanna.
Jamie znowu potrząsnął głową, lecz twarz jego nie była już blada i z oczu zniknął ten wyraz smutku i bólu. Spojrzawszy na Sadie Dean, Pollyanna ze zdziwieniem zastanawiała się, dlaczego Sadie poprawiła się na swym krześle, oddychając z taką ulgą.
Wreszcie nadszedł oznaczony dzień i wyruszono nowym turystycznym samochodem Johna Pendletona. Za kierownicą zasiadł Jimmy. Gwar rozmów, dźwięk syreny, głośne pożegnanie i auto pomknęło, kierowane wprawną ręką młodego Pendletona.
W wiele lat później Pollyanna często wracała myślą do tego pierwszego wieczoru spędzonego w obozie. Wszystko to było dla niej wówczas zupełnie nowe i pełne uroku.
O godzinie czwartej stanęli u celu czterdziestomilowej podróży. W ciągu ostatniej pół godziny potężne auto z trudem posuwało się naprzód po wyboistej drodze, zupełnie nieprzystosowanej dla pojazdów mechanicznych. Dla samego auta, jak również dla kierowcy, ta ostatnia część drogi była wyjątkowo uciążliwa. Lecz dla reszty pasażerów, którzy nie brali na siebie odpowiedzialności za wszystkie wyboje i błotniste kałuże, droga ta była tylko weselszą częścią beztroskiej eskapady27.