Miejsce odpowiednie dla rozbicia obozu znane było Johnowi Pendletonowi z dawnych lat młodości, toteż widok tego miejsca powitał radośnie, oddychając z niezaprzeczalną ulgą.

— Ach, jakże tu wspaniale! — zawołali wszyscy jednogłośnie.

— Cieszę się, że się państwu podoba! Byłem pewny, że się nie rozczarujecie — skinął głową John Pendleton. — Lękałem się tylko, że przez tych kilka lat mogły tu zajść jakieś zmiany. Istotnie krzewy trochę podrosły, ale będzie nam tu bardzo wygodnie.

Wszyscy natychmiast zabrali się do pracy, do sprzątania niewielkiej polanki, rozstawiania dwóch małych namiotów, wyładowywania rzeczy z samochodu, rozpalania ogniska i urządzania „kuchni i śpiżarni”.

I właśnie wówczas Pollyanna zwróciła szczególną uwagę na Jamiego, którym zaczęła się nagle niepokoić. Zorientowała się, że wyboje i sterczące z ziemi korzenie nie były tak wygodne do poruszania się o kulach, jak wyfroterowana posadzka. Jamie również najwidoczniej zdał sobie z tego sprawę, mimo to jednak za wszelką cenę pragnął brać czynny udział w przygotowawczej robocie i to właśnie najbardziej martwiło Pollyannę. Dwukrotnie podbiegła, aby mu pomóc przenieść dość ciężką skrzynkę z samochodu na polanę.

— Daj, ja to zaniosę — prosiła. — Już się na pewno zmęczyłeś — a za drugim razem dorzuciła: — Usiądź i odpocznij sobie, Jamie, wyglądasz na bardzo zmęczonego.

Gdyby przyjrzała mu się bliżej, dostrzegłaby rumieniec pojawiający się nieoczekiwanie na jego twarzy. Nie obserwowała go jednak tak dokładnie, toteż żadnej zmiany nie widziała. Natomiast nie uszło jej uwagi, że w chwilę potem Sadie Dean, obarczona rozmaitymi pudełkami i skrzyneczkami, przechodząc obok Jamiego, zawołała:

— Ach, panie Carew, może by mi pan pomógł!

W sekundę później Jamie znów na swych kulach dźwigał jakieś zapasy, idąc śpiesznie w stronę rozstawionych namiotów.

Z pełnym oburzenia protestem Pollyanna zwróciła się do Sadie Dean. Niewypowiedziane jednak słowa zamarły jej na ustach, gdy Sadie spojrzała na nią wymownie, dając jakiś znak porozumiewawczy.