Przez chwilę panowało milczenie. Della siedziała, patrząc na siostrę zmartwiona i z niezadowoleniem.

— Rutko — rzekła wreszcie z brzmieniem czułości w głosie — wybacz mi, ale muszę cię zapytać, czy zawsze masz zamiar w ten sposób postępować? Jesteś wprawdzie wdową, lecz małżeństwo twoje trwało zaledwie rok i mąż twój był o wiele starszy od ciebie. Byłaś wówczas prawie dzieckiem, więc ten krótki rok mógł ci się wydać tylko snem. Przecież to niemożliwe, żeby takie wspomnienie ocieniało chmurą twoje całe życie!

— Nie, ach, nie — wyszeptała jeszcze ciągle zrozpaczona pani Carew.

— Więc czy zawsze masz zamiar pędzić takie życie?

— Oczywiście, gdybym znalazła Jamiego...

— Tak, tak, wiem. Ale Rutko, czyż na świecie już nikt nie istnieje oprócz Jamiego, kto by ci mógł dać trochę szczęścia?

— Przynajmniej ja nikogo takiego nie widzę — westchnęła pani Carew obojętnie.

— Rutko! — zawołała młodsza siostra, wpadając w gniew. Po chwili jednak zaśmiała się. — Ach, Rutko, Rutko, dałabym ci chętnie dawkę Pollyanny. Mam wrażenie, że nikomu bardziej niż tobie nie jest ona potrzebna!

Pani Carew wyprostowała się z godnością.

— Nie wiem, co to jest pollyanna, lecz cokolwiek by to nie było, nie mam na to ochoty — odparła ostro, odwracając się do siostry. — Przecież tu nie jest ta twoja ukochana lecznica, a ja nie jestem twoją pacjentką, żebyś mnie zamęczała swoimi dawkami, bądź łaskawa o tym pamiętać.