W oczach Delli Wetherby zabłysły figlarne ogniki, na ustach jej jednak nie było ani śladu uśmiechu.
— Pollyanna to nie lekarstwo, moja droga — odpowiedziała poważnie — chociaż już słyszałam, jak niektórzy ludzie nazywali ją balsamem. Pollyanna jest małą dziewczynką.
— Dzieckiem? A skądże ja mogłam wiedzieć — odpowiedziała pani Carew, jeszcze ciągle zniechęcona. — Macie przecież tam jakieś swoje „belladonny”1, więc dlaczego nie miałaby być jakaś „pollyanna”? Zresztą ty zawsze zalecasz mi coś do przyjmowania i zawsze nazywasz to „dawką”, a dawka oznacza w każdym razie wszelkiego rodzaju lekarstwa.
— Właściwie Pollyanna jest pewnego rodzaju lekarstwem — uśmiechnęła się Della. — W każdym razie wszyscy lekarze w lecznicy twierdzą, że jest ona najlepszym lekarstwem, jakie możemy choremu zaaplikować. Jest to mała dziewczynka, Rutko, ma dwanaście czy trzynaście lat. Była u nas w lecznicy przez całe zeszłe lato i część zimy. Ja osobiście znałam ją zaledwie miesiąc czy dwa, bo wkrótce po moim przybyciu wyjechała. Ale ten czas najzupełniej wystarczył, żebym poddała się całkowicie jej urokowi. Cała lecznica jeszcze teraz wciąż mówi o Pollyannie i najchętniej zabawia się w jej grę.
— Grę?
— Tak — skinęła głową Della z tajemniczym uśmiechem. — W jej „grę w zadowolenie”. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy po raz pierwszy z tą grą się zaznajomiłam. Jeden z zabiegów w jej terapii był przykry, a nawet bolesny. Opatrunki zmieniało się jej w każdy wtorek rano, a ja wkrótce po przybyciu zaczęłam ją pielęgnować. Było to dla mnie straszne, gdyż z doświadczenia z innymi dziećmi, wiedziałam, czego się mogę spodziewać. Dzieci na ogół są rozgrymaszone i płaczliwe, jeżeli nie posiadają jakiejś gorszej cechy charakteru. Ku wielkiemu memu zdziwieniu jednak Pollyanna powitała mnie uśmiechem, mówiąc, że jest zadowolona z tego, że mnie widzi. Nie skrzywiła się nawet, gdy jej robiłam zabieg, choć ja sama zdawałam sobie dokładnie sprawę z tego, że sprawiam jej ogromny ból. Widocznie powiedziałam coś takiego, czym wyraziłam swoje zdziwienie, bowiem Pollyanna wytłumaczyła mi całkiem poważnie: „Ach, tak, kiedyś też tak się czułam i bałam się różnych rzeczy, dopóki nie pomyslałam sobie, że to jest tak jak z wielkim praniem, które Nancy urządzała we wtorki. Odtąd zawsze odczuwam największe zadowolenie we wtorki, bo przecież w tym samym tygodniu drugiego wtorku już nie będzie”.
— Naprawdę oryginalne! — zmarszczyła brwi pani Carew, myśląc o czymś innym. — Ale w tym wszystkim nie widzę jeszcze żadnej „gry”.
— Ja też przez dłuższy czas tego nie rozumiałam. Później dopiero uświadomiła mnie sama Pollyanna. Okazało się, że była córką biednego pastora z zachodu kraju, któremu żona wcześnie umarła, więc dziewczynka wychowywała się dzięki paniom z Towarzystwa Dobroczynnego i misyjnym paczkom. Gdy była jeszcze zupełnie maleńka, pragnęła mieć lalkę i wierzyła, że dostanie ją w którejś z kolejnych paczek. Niestety w paczce zamiast lalki znalazła parę małych kul dla kalekiego dziecka. Biedactwo zaczęło płakać i właśnie wówczas ojciec nauczył ją „gry w zadowolenie”, która polega na tym, że należy się doszukiwać się powodu do radości we wszystkim, co się nam przydarza. Pastor zapoczątkował tę grę, mówiąc dziewczynce, że jest zadowolony, że właśnie ona takich kul nie potrzebuje. To był początek. Pollyannie gra ta ogromnie się podobała i obiecała ojcu, że od tej chwili grać w nią będzie stale. Im trudniej było znaleźć w czymś powód do zadowolenia, tym więcej było zabaw w szukaniu go, z wyjątkiem sytuacji, gdy okazywało się to zbyt trudne.
— Naprawdę oryginalne! — wyszeptała pani Carew, jeszcze ciągle myśląc o czymś innym.
— Na pewno byłabyś zachwycona, gdybyś mogła widzieć rezultaty tej gry w lecznicy — skinęła głową Della. — Doktor Ames opowiadał, że Pollyanna wywarła wpływ na całe miasteczko, z którego pochodzi. Doktor zna doskonale doktora Chiltona, który ożenił się z ciotką Pollyanny. Podobno nawet zawarcie tego małżeństwa nastąpiło też dzięki dziewczynce. Potrafiła załagodzić dawne niechęci, jakie istniały między jej ciotką i doktorem Chiltonem. Nie wiesz pewno o tym, że jakieś dwa lata temu umarł ojciec Pollyanny, a wtedy dziewczynka wysłana została na wschód do swej ciotki. W październiku uległa katastrofie samochodowej. Lekarze orzekli wówczas, że nigdy już nie będzie mogła chodzić. W kwietniu doktor Chilton przysłał ją do lecznicy, gdzie przebywała do marca tego roku, czyli prawie rok. Wróciła do domu zasadniczo zupełnie wyleczona. Chciałabym, żebyś zobaczyła to dziecko! Radość jej życia zacieniała tylko jedna chmura, że już nigdy nie będzie mogła chodzić. Później dowiedziałam się, że gdy wracała do miasteczka, wszyscy mieszkańcy witali ją tak uroczyście, że aż wyszli na jej spotkanie z orkiestrą. Ale trudno jest opowiadać o Pollyannie, trzeba ją koniecznie zobaczyć. I właśnie dlatego powiadam, że chciałabym zaaplikować ci „dawkę” Pollyanny. Jestem pewna, że wówczas patrzyłabyś jaśniej na świat.