— Dziedziniec? — otworzył szeroko usta. — Pośrodku ulicy?
— Tak, drzewa i trawa, a w środku aleja do spacerowania, ławki i... — lecz chłopiec przerwał jej nagle głośnym okrzykiem.
— Już wiem! Commonwealth Avenue, ty na pewno tam mieszkasz!
— Ach, więc wiesz, wiesz naprawdę? — upewniała się Pollyanna. — Właśnie to bardzo podobnie brzmi, chociaż nie jestem pewna.
— Możesz mi wierzyć — chłopak wydął wargi z dumą. — Przecież codziennie zawożę tam do ogrodu Sir Jamesa, więc i ciebie zaprowadzę. Musisz jednak poczekać tutaj, dopóki nie skończę roboty i nie sprzedam wszystkich gazet. Potem zaprowadzę cię na tę twoją aleję, nim jeszcze zdążysz zostać Robinsonem.
— To znaczy, że mnie odprowadzisz do domu? — zapytała Pollyanna, nie całkiem rozumiejąc jego słowa.
— Naturalnie! Będzie to całkiem łatwe, jeżeli mówisz, że poznasz dom.
— O, na pewno poznam — zawołała Pollyanna, trochę w duszy zaniepokojona. — Gdybyś nie mógł...
Ale chłopiec raz jeszcze obrzucił ją pełnym wzgardy spojrzeniem i umknął, mieszając się z tłumem. W chwilę później Pollyanna usłyszała jego głośne wołanie:
— Kurier! Wiadomości! Herald! Może pan pozwoli gazetkę, sir?