Złym wzrokiem ogląda się, ale i tamte kroki ustały i panuje cisza. Puszcza się znów w drogę. I znów słyszy ciężki stukający odgłos swych butów.
Teraz zwalnia kroku. Zbliża się do dzielnicy leżącej już właściwie poza miastem — dzielnicy najbiedniejszej.
Tu bruku już nie ma.
Błoto sięga mu aż do kostek i pokrywa mu buty grubą, brązową warstwą. Idzie wolno, sunąc nogi w ciemnej, zimnej, rozmiękłej masie.
Nareszcie staje.
Znajduje się przed małym, nędznym domkiem, z krzywym, słomianym dachem. Stoi przez chwilę niezdecydowany, potem ujmuje ręką mokre sztachety zgniłej furtki prowadzącej do dziedzińca.
Gwałtownym ruchem odpycha je i wchodzi.
Przed drzwiami staje znów przez chwilę.
Wzdycha ciężko i ręką w zakłopotaniu wodzi po czole.
Ciężkim krokiem wchodzi.