Aby żyć

Zimno i ciemno.

Pojedyncze latarnie, rzadko rozstawione, rzucają niepewne światło na brudne ulice małego galicyjskiego miasteczka. Dziwnie niepewnie drgają te światła, oświetlając mury starych, śpiących domów.

Cisza panuje martwa na ulicach. Tylko gdzieś z dala dolatują jakieś oddźwięki, ginące znów w ciszy. Ziemia pokryta mokrym, klejącym się błotem po dżdżystym, zimnym dniu. Sklepy wszystkie od dawna pozamykane i dziwnie ponuro swymi spuszczonymi okiennicami patrzą się w cichą noc.

Miasteczko śpi.

Po ciemnej ulicy idzie jakiś człowiek w grubej, niebieskiej bluzie. Stary kapelusz nasunął głęboko na czoło i idzie ciężkim krokiem. Głucho huczy w nocnej ciszy odgłos jego drewnianej podeszwy.

Spuścił głowę, włożył ręce do kieszeni i idzie wlokącym się krokiem.

Od czasu do czasu podnosi głowę i rozgląda się wkoło.

Nagle stanął i ciężko westchnął. Skłonił smutnie głowę i znów kroczy dalej.

Znów staje. Zda mu się, że go ktoś śledzi.