Głowę przykłada do ciała dziecka i długo tak leży.
Nagle się znów zrywa.
— Słyszysz, ty musisz żyć — krzyczy — boś ty moje jedyne, ty musisz, to nie może być, nie może być! — powtarza machinalnie.
I teraz twarz jej przybrała jakiś nienawistny wyraz, cała jej postawa wyraża jedną wielką grozę.
A błędne oczy patrzą się gdzieś daleko, jakby na jakiegoś strasznego wroga.
— Toś ty mi zrobił — krzyczy, nagłym ruchem wyciągając pięść — ty, tyś mi dziecko ukradł, jedyne, ty, ty, przeklęty!
Potem, jak gdyby nagle zrozumiała cały tragizm chwili, z jednym przeciągłym krzykiem upada na ciało dziecka, przykrywając je całe.
Po chwili się odsuwa.
Jakiś dziwny dreszcz strachu przed tym trupem ją ogarnia. Wstaje i chwiejnym, nieśmiałym krokiem chce odejść trochę dalej, ale nogi jej się załamują, widzi jakąś czarną przestrzeń przed oczami migocącą, jakiś szum coraz głośniejszy, coraz bliższy w uszach — chwyta się krzesła stojącego w pobliżu, ale nie ma siły utrzymać się...
Z głuchym jękiem opada na ziemię złamana.