— Więc znów nic — mówi głosem głuchym, rozdzierająco smutnym i opiera się głową o jego kolana.

— Przecież widzisz — odpowiada szorstko.

A potem nagle odwraca się od niej i zakrywa oczy ręką. Siedzi tak przez chwilę całym ciałem odwrócony w drugą stronę.

— Ojcze — mówi ona i, podnosząc się na wpół, odciąga jego rękę od twarzy — ojcze...

Jego ręka jest mokra.

— Daj pokój, dziecko — mówi nagle dziwnie miękkim głosem — daj pokój!

Potem nagle zrywa się i wstaje. Zaczyna chodzić po pokoju.

— I u ciebie nic, co, dziewczyno? — Głos jego twardnieje. — Nie znalazłaś żadnej pracy? — I nagle gorzko się uśmiecha. — Tak, tak, sprawiedliwe losy — sprawiedliwe!

Nagle staje przed stołem i uderza weń gwałtownie pięścią.

— Jeśli ja temu człowiekowi karku nie nakręcę, temu złodziejowi — to niech mnie sto piorunów trzaśnie! — krzyczy dzikim głosem i żyły gniewu występują mu na czole.