— Ojcze, ojcze — dziewczyna drży cała w strachu — niech ojciec nie tak głośno... Dzieci śpią. Tak trudno było je uśpić! Tak płakały z głodu!

W kącie pokoju leży pod jakąś dziurawą derką dwoje dzieci skurczonych z głodu, bladych, nędznych.

— A czemuś im jeść nie dała, ty? — krzyczy on teraz nieprzytomnie. — To cóż, kiedy jeść się chce, to trzeba kraść, to trzeba się sprzedawać, słyszysz?

Wziął dziewczynę za ramiona i zaczął nią gwałtownie trząść.

— Przede wszystkim trzeba jeść, słyszysz? A reszta — to wszystko głupstwo; to dobre dla bogatych, nie dla nas, słyszysz? — i trzęsie ją nieprzytomnie.

— Ojcze, ojcze — puść, ja się boję!

Ochłonął nagłe, wypuszcza ją z rąk i opada znów ciężko na krzesło. Oparł się ręką o stół i siedzi tak przez chwilę. Potem znów zwraca się do niej:

— Słuchaj, Jago — mówi dziecinnym, prawie proszącym głosem — słuchaj, Jago, czy ty nic nie masz? Ani kawałeczka chleba, ani kawałeczka?

Ona smutno potrząsa głową.

A on chwycił się za żołądek i boleśnie się skrzywił, kurcząc się na krześle.