Wszystko wydaje mu się tak nieprawdopodobne, wprost niemożliwe.

Jego oczy wyrażają jakieś osłupiałe zdziwienie.

— Jak to? Co ja myślę? Ja? Ja? To przecież nieprawda! Ja, ja złodziej? Ja, ja, zabójca? Przecież to być nie może. To nieprawda.

I nagle widzi znów ze straszną wyrazistością całą scenę w piekarni.

Po raz pierwszy przenika go w całej swej pełni świadomość strasznego czynu.

Straszna rozpacz poczyna nim trząść. Bezradnym wzrokiem ogląda się wkoło.

Opada na ziemię i zaczyna szlochać jak dziecko.

„Przyjdą, zabiorą, zabiją” — ciągnie w nim dalej jakiś głos i — „zabójco, zabójco” — słyszy coraz groźniej!

— Chryste Panie, Chryste Panie, zmiłuj się nade mną! — i zaczyna targać swoje włosy.

A tam, w drugim kącie pokoju, leży jego córka i patrzy się w niego tępym wzrokiem.