Ona zastępuje mu drogę.

— Dokąd idziesz, ojcze? — woła przestraszonym głosem, chwytając go za rękę.

— Nie, nie, nie, Jago — rozpacznie się uśmiecha — puść, puść!

W jego oczach maluje się takie niezłomne postanowienie, taka fatalna siła rozpaczy, że ona się odsuwa z błędnym spojrzeniem — przepuszcza go...

Na dworze panuje teraz przedświt. Szaro jeszcze i głucho. Cisza... przerywana tylko od czasu do czasu szczebiotem zbudzonego ptactwa.

Ciężkie, wolne swe kroki kieruje ku miasteczku — ku piekarni.

Głucha, beznadziejna rozpacz ogarnęła go całego. A jednak gdzieś tam w głębi duszy żarzy się jeszcze jakaś iskierka nadziei, że może jednak...

Jest tak obezwładniony, tak duchowo podupadły dzisiejszą katastrofą, że się nawet już nie boi, czy go teraz kto zobaczy, czy nie zwróci na siebie czyjejś uwagi.

Idzie naprzód wolno, machinalnie.

Dopiero gdy się zbliża do miejsca zbrodni, mimo woli przyspiesza kroku. Ochwytuje48 go jakaś półświadoma, gorączkowa nadzieja.