— Wezmą, zabiją... — powtarza sobie.

Nagle zimny pot oblał go całego: ujrzał przed oczyma szubienicę i kata.

Krew wielką falą uderzyła mu do głowy. Mimo woli nogi jego wykonywają coraz szybsze, coraz szybsze ruchy.

— Zabiłeś — więc zabiją! — stara się wmówić w siebie zupełnie spokojnie.

A jednak coraz szybciej, coraz szybciej biegnie.

A może nie znajdą, może nie będą wiedzieli, że to ja, albo może zdążę uciec, może...

Biegnie, biegnie, coraz prędzej, coraz prędzej.

Wydaje mu się, jakby ta droga ciągnęła się bez końca, jak gdyby ciągle przed nim uciekała, jak gdyby nigdy nie mógł dobiec.

Hen, w polu dopiero, staje cały zadyszany. Siada w rowie i ukrywa twarz w rękach.

— Może nie znajdą, może nie znajdą, może jeszcze będę mógł żyć?