I podnosi się znów i pędzi, pędzi, wiele mu sił starczy.
Nareszcie daleko za miastem zmęczony pada na ziemię. Błędnym wzrokiem wpatruje się w niebo.
Tam na wschodzie zabarwiły się już obłoczki różowymi odcieniami świtu. Błędnie patrzy w dal...
— Tak, może ucieknę, może ucieknę — mówi machinalnie i podnosi się znów, aby iść dalej.
Ale już go nogi nie niosą i osuwa się znów na ziemię.
Leży nieruchomo z zamkniętymi oczyma. Ręce sztywnie51 wyciągnięte.
Śmierć, śmierć — szepczą kłosy nad jego głową.
Śmierć — śmierć — świergocą ptaki.
Nagle podniósł się na wpół, wyprężając całą swoją postać w nieludzkim strachu.
Ujrzał wyraźnie sztywną, wyciągniętą postać starej kobiety z osłupiałymi, martwymi oczyma.