Rozszerza oczy, żeby odpędzić od siebie szklany wzrok, ale ten coraz bardziej wpija się w niego.

— Jezusie Święty — zaczyna jęczeć — Matko Przenajświętsza! — i obejmuje pień drzewa w bezgranicznym strachu.

— Zmiłuj się, zmiłuj się! — tępy jego wzrok kieruje się ku słońcu wchodzącemu.

Nagle krzyknął w głos:

— Jago moja, Jasiu, Marysiu, co to będzie, co to będzie! — i zaczyna bić głową o ziemię.

Nagle krzyknął znów rozdzierającym głosem.

Ujrzał przed sobą oczy, owe martwe, szklane oczy.

Wpijają się w niego, wżerają się coraz głębiej, coraz głębiej, przeszywają jego ciało, jego kości...

Nagle wstaje.

Ogląda się dziwnie osłupiałym wzrokiem wkoło i wyjmuje z całym spokojem gruby sznur ze swej kieszeni. Potem znów z całym spokojem próbuje jego siły.