Długa, ciemna była droga przez brudne, źle oświetlone ulice.

Było tu dużo ludzi, dużo życia.

Widział to wszystko jakby przez sen; jakoś dziwnie obce wydało mu się to wszystko, to życie.

Wróciwszy do swego mieszkania, usiadł w gabinecie na otomanie54.

Nie zapalił lampy.

Ręce szeroko rozłożył na poręczy kanapy, oczy wpił w czarne ściany pokoju.

Jakaś latarnia rzucała słabe, niepewne światło na podłogę.

Więc dzisiaj rok, rok temu.

Szereg dni bez końca wlokących się, monotonnych dni — dni utkanych z jednej strasznej, duszącej tęsknoty, z jednej beznadziejnej rozpaczy, z jednej wielkiej świadomości, że już nigdy nie wrócą dni szczęścia, że jej już nigdy, nigdy nie ujrzy...

Jakby znużony, zamyka oczy.