Przed jego oczami przesuwa się jakiś długi, bez końca, szereg szarych mniszek.

Wloką się jednostajnym, zmęczonym krokiem, powłóczyste ich szaty posuwają się wolno naprzód z jednostajnym szelestem; szerokie ich rękawy ospale zwieszają się; monotonnym ruchem kiwają wszystkie głową, a twarze, dziwnie jednostajne, patrzą przed siebie z jakimś głuchym wyrazem martwoty.

Otworzył szeroko oczy, aby się uwolnić od tej przygniatającej wizji.

Ale ciągle jeszcze słyszy jednostajny szelest, jakby od powłóczystych szat...

Wstaje, aby się uwolnić od dziwnego strachu, który go powoli ogarnia.

Przechadza się ciężkim krokiem po pokoju.

Przed jego oczami staje jej grób: białe lilie na wiotkich łodygach poruszają się dziwnie tęsknym ruchem w powiewie wiatru. Wszystkie razem się kołyszą jakby w rytm jakiejś tajemniczej muzyki, dziwnie smutnej, dziwnie żałosnej...

Wszystkie pochylają ku niemu swe główki, jak gdyby go przyzywały w tęsknocie.

Przystąpił do okna, aby ich nie widzieć.

Ale teraz słyszy wyraźnie żałosną muzykę ich cichych ruchów.