Przed jego oczyma przesuwa się długi, jakby bez końca, szereg szarych mniszek.

Ale teraz mają twarze szyderczo wykrzywione i ich złośliwe oczy z widoczną radością patrzą na jego mękę.

— Puść! — krzyczy w głos, krzyczy nieprzytomny.

Ale ręka na jego głowie jeszcze mocniej się opiera i zimne, sztywne palce ciaśniej obejmują jego szyję.

— Ha, ha, ha — słyszy jakiś lekki, leciutki śmiech w powietrzu.

— Ha, ha, ha — powtarzają wszystkie mniszki ze wstrętnym wykrzywieniem ohydnych twarzy.

— Puść! — krzyczy nieprzytomny i zrywa się.

Z szeroko rozwartymi oczyma rozgląda się do koła.

Nikogo nie ma.

Chwyta się za głowę.