Stęsknionym krokiem zbliża się do niego, zanurza swą twarz w miękkim materiale, w koronkach...

Ma on w sobie jeszcze ten leciutki, ledwie dostrzegalny, zapach jej drobnej postaci i zdaje mu się, że ona zaraz przyjdzie, że się przytuli do niego, obejmie...

Głęboko wsunął twarz w szerokie fałdy rannego ubrania.

Nagle gwałtownie odskoczył...

Czuł wyraźnie, jak zimne, sztywne palce objęły jego szyję, jak ciężka, twarda ręka spoczęła na jego głowie...

I usłyszał wyraźnie szyderczy, głośny śmiech: „już zawsze, już zawsze!”.

Odskoczył.

Rozgląda się jak nieprzytomny po tym nagle obcym pokoju.

Jakąś głuchą, tęskną martwotą wyzierają te meble, jakiś śmiertelny oddech noszą w sobie.

Śmierć wieje od wszystkich tych zimnych, opuszczonych ścian; śmierć wieje od tego łóżka pustego, na którym jej martwe ciało spoczywało, śmierć wieje od tego lustra, już nieużywanego, śmierć od wszystkich tych cacek, którymi już nikt się nie cieszy...