Zimny dreszcz go przeszywa aż do szpiku kości.
Jakieś grobowe powietrze zdaje się panować tutaj.
Długi, dłuższy jeszcze dreszcz go przenika.
Wzrok jego znów pada na ten mały, różowy szlafroczek, który miała na sobie w przeddzień śmierci.
On jeden jeszcze tchnie życiem.
Instynktownie zbliża się do niego i ukrywa w nim twarz.
Z wolna przysuwa się do niego jakaś ręka i mocno obejmuje jego szyję.
Lecz nagle szata ta zawiała jakimś dziwnie mdłym zapachem kwiatów pogrzebowych.
Gwałtownym ruchem rzucił ją na ziemię.
— Nie chcę, żebyś mnie męczyła — krzyczy nieprzytomny — nie chcę, żebyś mnie męczyła!