Jakby skulony ze strachu, leży szlafrok na podłodze.
A on oparł gorące czoło o żelazną poręcz łóżka i stoi tak przez chwilę nieruchomy.
Jakaś twarda ręka przygniata mu głowę...
I jakby wszystkie przedmioty ożyły, zdają się opuszczać swe miejsca i zbliżają się ku niemu coraz bardziej — coraz bardziej...
Nawet szlafrok wstaje i zbliża się.
Coraz bardziej obstępują go wszystkie sprzęty, coraz szczelniej zacieśniają go w kole, a szlafrok staje zupełnie blisko niego, zarzuca mu rękawy na szyję, które nagle stają się sztywne, zimne i ściskają go coraz mocniej.
— Nie opuścimy — śpiewa jakiś chór — nie opuścimy!
— Puśćcie mnie!
— Nie opuścimy — powtarza chór.
Nieprzytomny porywa lampę ze stolika i rzuca ją na środek pokoju — tam, gdzie leży jej ubiór ostatni.