Wielki płomień wybucha.
Przez chwilę osłupiałym wzrokiem patrzy na ogień, pożerający coraz bardziej różowy szlafroczek, wyglądający dziwnie bezbronnie, jakby błagając o pomoc...
Płomień coraz bardziej się rozszerza.
Dwoma krokami znajduje się przy drzwiach pokoju.
Bez kapelusza, bez palta wydostaje się na ulicę.
Jakby pędzony biegnie naprzód, coraz dalej...
Zdaje mu się, że słyszy za sobą jakieś dziwne głosy: „nie opuścimy, nie opuścimy”, i odgłos dziwnych kroków, jakby od drewnianych nóg.
Coraz spieszniej pędzi przez puste ulice...
Wreszcie staje zadyszany.
Opiera się o mur i wyciera pot z czoła.