Chciał coś powiedzieć.

— I to wy, wy, taka wielka, boska, cudna, wy macie... — przerwał nagle, zaczęło go coś dusić w gardle.

Zrobił kilka gwałtownych kroków po pokoju i znów stanął przed nią.

— Nie, nie — to być nie może!..

Boleśnie wykrzywiła usta.

— Słuchajcie, nie, nie, to nieprawda, już ja sprowadzę wszystkich doktorów...

C’est fini! — powiedziała, wpatrując się tępym wzrokiem w ziemię.

On stał przed nią, ze swoją dobrą, zakłopotaną twarzą, wyrażającą wielką bezradność.

— Idźcie — nagle się zerwała — ja muszę być sama — proszę was, idźcie.

Chciał podejść do niej, by się pożegnać, ale nie mógł zwalczyć się, coś go dusiło w gardle.