W jej włosach słońce załamuje swe promienie w milionach odcieni; fale drgają w jego blasku i świecą zwodniczo we wszystkich kolorach.

Nareszcie tonie gdzieś tam na zachodzie wielka, złota kula — zdaje się, jakby na morzu zapanowała na chwilę przedsenna cisza. Ona leży na dnie łodzi i śledzi chmury goniące się po niebie.

Teraz jedna duża, straszna jakby furia, cała czerwona, z twarzą naprzód wysuniętą pędzi inną mniejszą, jakiegoś rycerza...

Uśmiecha się.

A fale śpiewają: „Tyś nasza, nasza!”.

Z wolna, z wolna, znikają wszystkie chmury i niebo pokrywa się ciemnym, czarnym płaszczem.

W swoim cichym majestacie w dali zaświecił księżyc.

Głucho fale zaczynają szemrać w ciemną noc.

Plusk obijających się o łódź fal dziwnie, tajemniczo roznosi się po wielkiej przestrzeni.

Asta wstaje i rozgląda się wkoło.