Bezwiednym ruchem ręki rozpuszcza swe włosy, które spadają na ramiona na kształt długiego, złotego płaszcza.

Oczy utkwiła w księżyc, uklękła w łodzi i ręką przecina fale.

Słucha.

Śpiewają teraz chórem wielki, tajemniczy hymn.

„Jam morze — jedno, wielkie, bezgraniczne” — śpiewa jedna fala, a inne chórem powtarzają.

„Nie masz początku ani końca dla mnie” — mówi inna fala.

Asta skłania głowę i uśmiecha się do niej.

A daleko, daleko w przestrzeni rozlega się odgłos tych słów.

„We mnie wszystko wzięło swój początek i wszystko się skończy”.

„Jam źródło wszechżycia i żywioł największy, pan istnienia” — mówi patetycznym głosem wielka, czarna fala i majestatycznie rozlega się po morzu hen daleko.