I zamknął drzwi.

Znalazł się znów w swym cichym, małym pokoiku.

Niesłyszalnym krokiem podsunął się do okna.

Ręce włożył do kieszeni, a wzrok jego bladoniebieskich, marzących oczu gonił białe płatki śniegu spadającego powoli na pokrytą już miejscami białą powłokę ziemi.

Przed jego oknem ciągnęła się długa aleja prowadząca do miasta.

Stał tak przez chwilę w zamyśleniu.

Potem wolno opuścił się w pleciony fotel, stojący przed biurkiem, przy oknie.

I dalej przypatrywał się grze dużych, białych płatków.

Podniósł oczy na ołowiane niebo.

Kilka minut siedział tak bez ruchu.