Przymrużył oczy.

Ujrzał przed sobą jakąś czerwoną płaszczyznę, której widok napełniał go jakimś dziwnie rozkosznym zmęczeniem.

Zamknął oczy.

Duża, szeroka, szarawo-stalowa przestrzeń — morze.

Fale w głuchej pogoni rozbijają się o jakieś niewidzialne brzegi.

Głucha cisza panuje.

Ale wśród tej ciszy wydaje się, jakby te fale szeptały między sobą jakieś niezrozumiałe słowa.

Szare, ołowiane niebo zawisło nad morzem.

Martwa cisza.

Nagle obraz się zmienia.