Na chwilę morze się ucisza.

Niebo słucha osłupiałe.

A tam, spod koronek fal, wynurzają się postaci jedna za drugą, powoli, powoli...

Coraz bardziej wychylają swe chude, wynędzniałe ciała i wyciągają błagalnie swe ramiona...

Fale nimi kołyszą w smutny rytm, z początku cicho, jak szept, jak jęk niesłyszalny, potem coraz głośniej, coraz natarczywiej rozlega się po bezgranicznej przestrzeni rozpaczny krzyk.

A ludzie wyrywają swe włosy w cierpieniu, kurczowo chwytają się za głowę — wszystkie mięśnie wyprężają się w jednej wielkiej walce, a nad niebiosa i morze rozlega się jedno wielkie: a! a! a! — boleści.

Wicher zawiał.

Zaczyna kołysać całym morzem.

Podnosi tłumy ludzi to w górę, to rzuca je w przepaść, chcą chwycić się czegoś, jakiegoś oparcia w rozpacznym wysiłku, a wicher tylko rozszalały odpowiada szyderczo na ich krzyk rozpaczy.

Tu i ówdzie ginie jakaś postać w szalonym wirze...