A tam, pośrodku morza, gdzie wicher najsilniej wieje, tam gdzie najbardziej dziką pieśń śpiewa, tam na wielkiej, rozbujałej przestrzeni płynie jedno nagie, zakrwawione serce.
Jego rany szeroko rozwarte wydają się krzyczeć głośniej niż pieśń wichru, przenikliwiej niż okrzyki rozpaczy ludzi ginących.
Rany szeroko rozwarte wołają bolesnym głosem:
— Patrzcie, otom ja! Patrzcie na moje cierpienie, a zapomnicie o swoim; patrzcie, oto ja cierpię, daję się wam, bierzcie!
I krzyk ten roznosi się przez przestwory...
Wiatr cichnie, patrząc w te rany sączące się, i fale delikatnie je liżą, jakby całując, pieszcząc.
A gdzieś w przestrzeni rozlega się jakiś bezcielesny głos:
— Wyrwałem swe serce z piersi, daję je wam nagie, zakrwawione w bólu, bierzcie je, daję je wam!
Szeroko rozwarł oczy.
Ściemniło się, zimno było w pokoju.