A jednak już trzy miesiące przeszły od owej szczęśliwej chwili, gdy z głębokim westchnieniem wysłał swój utwór!
Trzy miesiące ciągłego, gorączkowego oczekiwania...
I znów siedział pewnego dnia przy swoim biurku, wpatrzony w ciężkie, białe obłoki, sunące się po szarym niebie.
Był dżdżysty, smutny dzień.
Tylko na dachach leżały jeszcze ostatnie resztki czystego, białego śniegu.
Z bezbrzeżną melancholią wpatrywał się w nie.
Jakiś wielki smutek zmieszany z dziwnym niepokojem ogarnął go nagle.
Otworzył okno. Wilgotne, smutne powietrze zawiało wielką falą do ciepłego pokoju.
Szybko zamknął okno.
Zaczął się przechadzać prędkim, nerwowym krokiem.