— Co mi się stało, co mi się stało? — pytał się zdziwiony.

Wzrok jego padł na duży, ścienny zegar.

Zbliżała się godzina przyjścia listonosza.

Usiadł przy oknie — ukrył twarz w dłoniach i zaczął rozmyślać.

Muszą, muszą mu wreszcie odesłać, dziś, jutro, napiszą do niego wspaniały list, list wprost dziękczynny.

Widzi go już przed sobą.

Czyta, jak we mgle, oddzielne wyrazy.

„Szczerość niebywała, rozdzierająco prawdziwa, genialna w swej prostocie, owiana przecudną poezją”.

Więcej nic nie widzi.

Nagle gwałtownie, jakby go ktoś pchnął, podskoczył.