Oczy Henryka skierowały się w stronę okna.

I znów tym samym martwym wyrazem przypatrywał się gęsto spadającym płatkom śniegu, pokrywającym coraz szczelniej ziemię białym, równym całunem.

Dopiero gdy Górski lampę zapalił, ożywił się trochę.

Podniósł się nieco i gorączkowym wzrokiem zaczął się przyglądać przyjacielowi.

Potem zaczęli rozmawiać ze sobą. Henryk wydawał się bardzo podniecony, był wprost wesoły. Tylko ręce ściskały nerwowo kołdrę, przykrywającą go.

Nagle wielkie wytężenie słuchu odmalowało się na jego twarzy.

— Cyt... — powiedział cicho, chwytając przyjaciela za rękę.

Usłyszał na wschodach ciężki, dobrze znany krok listonosza.

Coraz mocniej wpijały się jego palce w dłoń Górskiego.

Ciężkie kroki coraz bardziej zbliżały się.