— Co? — nachyliła się nad jego ustami.
I nagle blady rumieniec oblał twarz chorego.
— Że jed-nak istnie-je ży-cie po-za-grobo... — szepnął nieśmiało, urywczo, ledwie dosłyszalnym głosem i, jakby zawstydzony, odwrócił się do ściany.
Wyciągnęła swoją rękę z jego uścisku i tępo jęła się wpatrywać w podłogę.
Niezdolna była do kłamstwa.
A chory znów się zwrócił do niej.
— Marto! — Złapał ją za rękę i gorączkowym przypływem siły zaczął nią trząść. — Marto! — krzyczał — ja chcę...
I podniósł się na wpół w łóżku i wpatrywał się w nią strasznym wzrokiem: — „ja chcę...”.
Schwycił ją za drugą rękę i jeszcze gwałtowniej, jeszcze bardziej gorączkowo trząsł nią.
— Ja żądam, żebyś powiedziała, żeśmy kłamali, słyszysz? Żeśmy kłamali... — i, jeszcze bliżej podsuwając się do niej — Ja tego żądam od ciebie, słyszysz?!