Mimo woli odsunęła się od niego przestraszona jego groźnym, strasznym wyrazem twarzy.

Energia opuściła go i znów bezwładnie opadł w poduszki.

Ona zaś siedziała ciągle martwa, niezdolna do myśli, niezdolna do czucia.

Wtem usłyszała znów cichy, żałosny jęk. Teraz otworzył oczy, oczy błagalne dziecka chorego.

I nagle złożył ręce, jakby do modlitwy, i szepnął rozpacznym, ledwie dosłyszalnym głosem, łkając prawie.

— Boże, daj mi żyć — daj mi żyć...

Przez chwilę miała wrażenie, jakby musiała oderwać jego ręce od upokarzającej czynności, wyrwać te myśli z jego mózgu, zamknąć jego usta.

Ale i ona była przy końcu sił fizycznych i moralnych.

Chory znów zajęczał.

— Marto! Prawda, żeśmy kłamali, prawda?!... — i wił się na swym łóżku jakby w strachu śmiertelnym.