Był rzeźbiarzem i od kilku dni laureatem X-skiej akademii.

Stał się od tej chwili przedmiotem zazdrości koleżeńskiej, zaszczytu X-skich dam, przedmiotem uwagi ogólnej, krytyk szczegółowych, sprzeczek artystyczno-psychologicznych.

Ale on szedł jakby ponad tym wszystkim, z dumną, majestatyczną twarzą, jak gdyby oni i sława dla niego nie istnieli, a żyło tylko dzieło, w które został wpatrzony.

Była to śmierć.

Cała rzeźba przedstawiała kulę ziemską, targaną przez kobietę — heterę69 — w zmysłowym uścisku wpijających się palców.

Bezbronnie, biernie, cierpiąco, w niemym smutku, wyglądała ta miękka bryła ziemi w kurczowo ściśniętych rękach swojej władczyni. A ta, królując nad nią, wpijała się w nią z wyrazem ohydnej, brutalnej rozkoszy, gwałcącej ziemię.

A ziemia zdawała się jęczeć pod zadanym jej gwałtem i szeroko rozwarła swe oczy, jakby w nadludzkiej męce, oczy bezbronne, zrezygnowane. A hetera się śmiała, wciskając w nią coraz bardziej swoje palce, coraz głębiej, a z ust jej rozlegał się jakby głośny, szyderczy śmiech wszechwładnej mocy.

Kiedyś, stojąc w nocy nad tą samą rzeką, przysłuchując się głuchemu pluskowi fal, wpatrzony w czarne kontury stojących w nieruchomym spokoju drzew, ujrzał ją po raz pierwszy przed sobą, usłyszał dziki jej śmiech tuż, tuż nad swoim uchem...

I wtedy odwrócił się i zaczął pędzić, sam nie wiedząc dlaczego, do swego domu, do swojej pracowni.

Coraz prędzej, coraz prędzej — jak gdyby go coś goniło — pędziło przed siebie...