Stanął w pracowni cały zdyszany. Zamknął pośpiesznie drzwi na klucz i przestraszonym wzrokiem obejrzał się wkoło.
Wtedy znów tuż, tuż nad swoim uchem usłyszał jej dziki śmiech, jej ryk...
Wtedy to... stworzył ją.
Przez kilka dni zamykał się w swojej pracowni, nie wpuszczał nikogo i nigdzie nie wychodził.
Towarzyszyła mu ciągle Śmierć ze swoim piekielnym śmiechem.
Nieraz zatrzymywał się wśród pracy i przeciągły jęk wyrywał mu się z piersi.
Szczerość wizji strasznie przygniatała jego istotę.
Wyciągała, jakby z najgłębszych tajników jego duszy, dawno tam drzemiący, olbrzymi strach przed unicestwieniem.
Nieraz tak odpoczywając, chwilowo odczuwał gwałtowną chęć rzucić to wszystko, uwolnić się od tej przygniatającej wizji, ale po upływie kilku sekund zaledwie brał się znów do dłuta i pracował, jakby pod jakimś wewnętrznym, tajemniczym przymusem. Pracował półświadomie, chwilami automatycznie.
Wreszcie skończył.