Stała przed nim w swojej całej strasznej, nagiej prawdzie. Wyszedł wtedy z domu i chwiejnym krokiem zaczął się przechadzać wzdłuż rzeki.

Starał się, przyglądając się na ulicy ludziom, łódkom na wodzie, całemu temu falującemu wokół życiu — zapomnieć o niej.

Ale ona była ciągle przy nim. Odsunęła się tylko jakby za lekką zasłonę.

A spoza tej zasłony wyglądała z wykrzywioną zalotnie twarzą i śmiała się przytłumionym, szyderczym śmiechem, patrząc się w niego swym hipnotyzującym wzrokiem.

Wszedł do pierwszej spotkanej karczmy, aby zagłuszyć ten jej śmiech, aby już nie widzieć jej oczu...

Ale ona wyzierała mu z twarzy półprzytomnych alkoholików, ona witała go w postaci gospodyni, kościotrupa siwego i jej córki, usługującej gościom z lubieżnie wykrzywioną twarzą. Jej śmiech odzywał mu się w brzęku szklanek, w bełkocie pijanych i w ich grubym śmiechu...

Wyszedł wtedy zniechęcony na ulicę i jął70 się posuwać spiesznym krokiem naprzód.

Automatycznie wrócił do swego domu.

Ale przed drzwiami stanął nagle niezdecydowany.

Bał się, wiedział, że gdy wejdzie, spotka go z dzikim, triumfującym śmiechem i wpije się weń swymi oczyma, przebije go całego — zabije...