Gwałtownym ruchem podskoczył i osłupiałymi ze strachu oczyma obejrzał się.

Powoli rozpoznał w ciemności pokoju kontury śmierci.

Drżącymi palcami zapalił lampę i chwiejnym krokiem podszedł do niej.

Siedziała na swoim miejscu, na bryle ziemskiej i targała ją w namiętnym uścisku.

Przez chwilę patrzył na nią wzrokiem pełnym jakby jakiegoś niemego wyrzutu.

Wreszcie odwrócił się z wolna, jakby w somnambulicznym stanie, i chwycił dużą, płócienną płachtę, leżącą na ziemi obok niego.

Prędko zarzucił ją na swoje dzieło.

— Śpij teraz — powiedział błędnie przez zęby — już mnie teraz nie będziesz męczyła, ty... — i triumfujący, jakby nienawistny, uśmiech przesunął się po jego twarzy.

Ułożył się znowu na spoczynek.

Na drugi dzień z rana prędko się ubrał i uciekł z pracowni, nie spojrzawszy na swoje dzieło.