A ona go nie opuszczała.

Ciągle widział ją przy sobie. Wydawało mu się, że wygląda ze wszystkich przedmiotów, ze wszystkich postaci.

Dźwięczała mu w śmiechu dziecinnym, w słowach wesołych, w świergotaniu ptaków, w plusku wód.

Jedna jedyna myśl, jeden strach wielki zapanował w jego duszy, jedno ciemne błaganie memento mori73.

Siadł milcząc do kolacji.

Był obecny jakiś gość, jego daleki znajomy, przyjaciel gospodarza domu.

Zaraz po przywitaniu zaczęła się rozmowa — o jego dziele.

Darmo utkwił błagający wzrok w panią domu, oczekując od niej subtelności i intuicji kobiecej, spodziewając się, że ona go zrozumie i przerwie tę rozmowę, która była dlań istną torturą.

Ale nie został zrozumiany. Uśmiechnęła się tylko doń uprzejmie.

— I widzisz, mój drogi — ciągnął gospodarz — w taki sposób staliśmy się nagle mecenasami sztuki. I kto by myślał, że to Andrzej artysta takiej miary. No, no, nie obrażaj się — zwrócił się teraz do rzeźbiarza — ale takie genialne dzieło — kto by to przypuszczał! Przecież to taka prawda, taka szczerość, że aż, mówię, przejmuje człowieka, gdy to widzi...