— Tak panie — zwrócił się teraz gość do Andrzeja — przecież to taka wizjonerska prawda, jak gdyby sama śmierć była się ukazała panu i opowiedziała mu o swej strasznej mocy. Jakim to szczęściem musi być stworzyć takie dzieło — dodał z westchnieniem.
Po bladej twarzy Andrzeja przesunął się teraz wolny, ironiczny uśmiech.
— Szczęście — powtórzył cicho.
I nagle wybuchnął głośnym, spazmatycznym śmiechem.
— Co ci jest, co ci jest? — usłyszał, jakby przez sen, głos swoich przyjaciół.
Uspokoił się.
I dalej ciągnęła się ta rozmowa.
— Może pan będzie łaskaw powiedzieć — ciągnął znów delikatny gość — jak panu po raz pierwszy przyszła myśl stworzenia tego dzieła...
— A tak, tak — powtórzyła pani.
Andrzej nagle się zerwał i, nie powiedziawszy słowa, opuścił pokój.