Nie mógł dłużej wytrzymać tej męki. Nie mógł wyrwać swego zakrwawionego serca z piersi i rzucić je tamtym filistrom przed ciekawe oczy.

Wolnym krokiem przeszedł przez ciemny, cichy ogród.

Doszedłszy do rzeki, począł pędzić wzdłuż jej brzegów.

Wiatr wiał mu przez włosy i opierał się jego krokom, ale on całą siłą walczył z nim.

Ta fizyczna praca sprawiła mu jakby pewną ulgę.

Wreszcie zmęczony stanął nad czarną głębiną wody.

Z pustym, głośnym łoskotem rozbijały się teraz fale o brzegi.

Ciemna, bezdenna wydawała się woda: tajemnicza a straszna.

Plusk jej brzmiał głucho i żałośnie, bezładnie i fatalnie.

— U, u, u, u! — nuciły fale w cichy takt.