Ogarnął go nagle wielki strach.
Odsunął się o kilka kroków dalej. Wzrok teraz utkwił w księżyc, który w otoczeniu zielonawo-złotawych obłoków panował na ciemnym niebie.
Głupie, nieme oczy księżyca wpatrywały się jakby głucho w młodego rzeźbiarza.
Nagle się odwrócił i nieprzytomnym krokiem jął pędzić przed siebie.
Ujrzał wyraźnie wydłużoną, jakby rozwianą, postać śmierci, wyłamującą się ze srebrzystych obłoków.
Teraz czuł, jak coraz bardziej wyciągała swoje ramiona. Widział to, nie patrząc się na niebo.
Teraz jej postać rosła, rosła i ręce wyciągały się coraz bardziej na niebie, aż objęły, otoczyły cały wszechświat, który się wił w jej uścisku.
I teraz usłyszał straszny, szyderczy śmiech, którego odgłos rozlegał się przez przestworze.
I coraz głośniejszy zdał mu się ten śmiech, coraz bliższy jego ucha...
Pędził przed siebie jak wściekły. Cały oblany zimnym potem, stanął przed drzwiami swojej pracowni.