Musiał być sam ze sobą.

Wsunął klucz do zamka i odchylił drzwi.

Ale po pierwszym kroku upadł jak nieżywy na ziemię.

W księżycowym blasku, wpijając w niego swoje straszne oczy, stała ona.

Tego samego dnia bez jego wiedzy przywieźli ją z akademii.

Kilka minut leżał jak nieprzytomny.

Potem wolnym, machinalnym ruchem, podniósł się i błędnym wzrokiem objął swoje dzieło.

Wyraz strasznej nienawiści wykrzywił wszystkie mięśnie jego twarzy. Ręce ścisnęły się w pięść.

— Ty, ty, ty! — krzyczy nagle nieprzytomnie zdławionym głosem i trzęsie pięścią przed jej twarzą. — Ty... — tu urywa.

Stoi przed nią w groźnej postawie, oświetlony drżącym światłem księżyca, całującego jego złotawe włosy.