A potem błagalnie, zarzucając ręce na twarz, przemawia:
— Tak mnie męczysz — tak mnie męczysz — zabijasz mnie! — I znów odrywa ręce od twarzy.
— Zabijasz, słyszysz? — krzyczy, zbliżając się do niej. — Zabijasz swą ciągłą obecnością, zabijasz swym śmiechem.
Zbliżył się teraz zupełnie do niej, a rękę podniósł groźnie, tak, że się teraz prawie dotyka jej wstrętnej twarzy.
Jej oczy zupełnie wyraźnie skierowały się w niego.
— Tyś mój na wieki — mówi z wściekłą zawziętością, wpijając się weń coraz bardziej.
Nagle ogarnia go dzika rozpacz.
Przechyla się w tył i wybucha spazmatycznym śmiechem.
— Twój — twój — mówi — ha, ha ha! — to zobaczymy — i gwałtownie zbliża się do niej i znów wyciąga pięść.
— O, ty, ty, ty — mówi cicho, szeptem prawie, a w jego głosie drży cała przytłumiona nienawiść dla swego dzieła-tyrana...